Na temat akumulatorów w laptopach narosło mnóstwo mitów. Przedziwne jest, że właściciele notebooków bardziej dbają o baterię odprawiając dziwne rytuały „poparte wiedzą informatyka, co się zna” a jednocześnie paluchami dotykają ekranu, przegrzewają komputer kładąc go na kołdrze, czy wywijając nim na wszystkie strony, czego np. twardy dysk za bardzo nie lubi. Postaram się w tym artykule wyjaśnić część wątpliwości…
Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie wizyta u znajomych. Zakup nowego laptopa (jak większości dóbr o ponadprzeciętnej cenie) powoduje czasowe przesadne dbanie o jego elementy. Zaczyna się oczywiście od wycierania ekranu jakąś magiczną ściereczką z mikrofibry, odkurzanie itd. – ja też się zaliczam do tego grona… Zastanowiła mnie natomiast częsta praktyka pracy bez akumulatora.

W przypadku baterii – świadomość użytkowania nie jest dobra. Ze znanej mody jest np. praca laptopa z wyciągniętym akumulatorem, strach przed rozładowaniem, pytania na fora o to „jak sformatować” itd. Postaram się opisać, zrobić, aby po kilku miesiącach nasz laptop nie krzyczał po 20 minutach pracy o podłączenie zasilacza sieciowego.

Troszkę teorii… W praktyce obecnie stosowane są akumulatory Ni-Mh (Niklowo-Wodorkowe) oraz Li-ion (Litowo-jonowe). Ten drugi rodzaj jest najczęściej stosowany, Ni-Mh odchodzi do lamusa. Ogniwa te, jak nazwy wskazują są związkiem chemicznym – a takie po pewnym czasie tracą swoje właściwości (niezależnie od tego, czy je używamy, czy nie…), ale o tym za chwile.

Formatowanie
Kupujemy nowego laptopa, nowy telefon komórkowy, czy aparat fotograficzny. Pierwsze, co robimy to „formatowanie baterii”, czy pełne naładowanie i rozładowanie. Podstawowa sprawa – nie wiem, skąd się wziął ten termin i czemu tak często jest podawany (nawet w fachowych publikacjach) – ale należy zapamiętać jedną rzecz… Akumulator się formuje – formatuje się np. twardy dysk. Po zakupie nowego urządzenia ładujemy więc „do pełna” (nowe ogniwa powinny być sprzedawane w stanie ok. 40-60% pełnej pojemności) i to wszystko.

Strach przed rozładowaniem
Czego najbardziej należy unikać? Krótkich rozładowań i zbyt długiej pracy na 100% akumulatora. Jak to wygląda w rzeczywistości… Laptop pracuje sobie grzecznie w jednym z pomieszczeń mieszkania / biura. Przenosimy się do salonu, czy idziemy na spotkanie – wtedy panika. Biegiem, żeby przypadkiem laptop nie był odłączony od zasilania  sieciowego dłużej, niż parę minut. Błąd – nie należy tak robić. Krótkie rozładowania skracają bardzo żywotność ogniw, dodatkowo rozkalibrowując je. W takiej sytuacji najlepiej już pracować na zasilaniu bateryjnym do ok. 40-60%  pojemności i dopiero wtedy podłączyć zasilacz. Tutaj już pewnie część czytelników się skrzywiła, to warto coś wyjaśnić – ogniwa Li-Ion nie mają efektu pamięci. Można więc spokojnie podłączyć telefon komórkowy do ładowania (jak ma jedną kreskę), niż czekać do rana i w nocy zostać zbudzonym efektownym „tirlitirli… parę minut przerwy tirlitiri” (sygnał o rozładowaniu). W tej sytuacji dużo gorsze będzie, jak potem rano podłączymy urządzenie na kilkanaście minut (częściowe doładowanie).
Dbamy o nasz akumulator, od miesiąca nie jest odłączany od prądu – no to warto go rozładować. Akumulator nie powinien być przechowywany w 100% naładowania – te procesy chemiczne najbardziej mu szkodzą. Zaprzyjaźniony spec od laptopów (naprawiał już notebooki, jak ważyły tyle, co komputer stacjonarny) twierdzi, że chociaż raz w miesiącu, lub co 20 cykli częściowych doładowań należy wykonać pełne rozładowanie. Jak już rozładowujemy – nigdy do końca! Nawet w Windowsie jest opcja, która automatycznie uruchomi tryb hibernacji w zależności od konfiguracji – a zalecane to 2-3% Następuje wtedy kalibracja. Akumulator w laptopie składa się z kilku ogniw (najczęściej 3,7V), które po odpowiednim łączeniu biegunów dodatnich i ujemnych dają pożądaną pojemność i napięcie wyjściowe. Efekt takich połączeń można zaobserwować w domowych urządzeniach – chyba znamy „starą sztuczkę”, że gdy baterie w pilocie od telewizora odmówią posłuszeństwa, to należy je zamienić miejscami – rozładowywanie ogniw nie jest symetryczne. Głębokie rozładowanie (ale nie do zera – rezystancja wewnętrzna wzrasta) pozwala na kalibrację, czyli wyrównanie poziomów napięcia.

Są niektóre laptopy (np. Toshiba), które automatycznie po spadku pojemności do chyba 94% wznawiają ładowanie – więc w takich przypadkach warto częściej wykonać rozładowanie.

Oszczędzanie baterii
Co, jak co – ale nie unikniemy zakupu nowego akumulatora po kilku latach, to tylko chemia. W teorii Li-Ion przeznaczona jest na ok. 400-500 cykli ładowań, co daje 3 lata. Normy dobrych producentów podają, że po takim czasie akumulator nie może stracić połowy swoich właściwości, ale przy odpowiednim dbaniu (czytaj: nie należy szkodzić) jest to nawet 90%. Sam posiadam laptopa od ponad roku i nie widzę, żeby było to nawet kilka procent a  praktycznie codziennie przechodzi pełen cykl ładowania). Przy zakupie laptopa należy też sprawdzić datę produkcji baterii – bo jak można doczytać się w gwarancji, jest na niego krótsze wsparcie producenta.
Temperatura – to podobno najbardziej zabija związek Li-Ion (w przypadku niektórych wybuchających notebooków nam też się może oberwać, ale to jest właśnie kwestia przegrzania). Do tego jak dojdzie przechowywanie w pełni naładowanym – tym bardziej. Polecam eksperyment – kupić tanie akumulatory typu „paluszki”, naładować jeden do 100%, drugi do około 40-50% i zostawić je w temperaturze 40-50stopni (np. w okolicach pieca). Ten naładowany już po 2-3 miesiącach będzie bezwartościowy, ten drugi ma szansę jeszcze odzyskać z 60% sprawności. Tutaj chyba oczywiste, że w laptopie występują duże temperatury (szczególnie, jak komputer wsadzimy w pościel, jak w ogóle wpuszczamy notebooka do łóżka…). Podkładka chłodząca pod laptopa może więc być dobrą inwestycją.
Przechodzę teraz do kwestii pracy bez akumulatora. Technicznie jest to oczywiście możliwe – gdy laptop pracuje na zasilaczu sieciowym, to nie potrzebuje baterii. Faktem jest też, że laptop może pracować bez ekranu LCD, czy dysku twardego… W której instrukcji jest napisane, żeby laptop pracował bez akumulatora? Gdzieś kiedyś obiło mi się o uszy, że Acer potrafi takie coś podać w instrukcji – ale to jest jakaś bzdura, może błędy konstrukcyjne, które nie wynikają z typowego działania Li-Ion, dzieżko powiedzieć. Bateria taka ląduje najczęściej w szufladzie, ma oczywiście nominalny stan naładowania. Jak już musimy tak robić, to najlepiej rozładować ją do połowy i wsadzić do lodówki. Baterię wcześniej owinąć szczelnie…  papierem toaletowym (zabezpieczenie przed skraplaniem wody), folią aluminiową spożywczą i wsadzić w dobrych worek ze struną (np. taki, jak są na lotniskach). Co pewien czas (np. 2 miesiące) wyjąć baterię, zostawić na kilka godzin (całą noc) do wyrównania temperatur (nigdy na słońcu, ani tym bardziej grzejniku!) i wykonać pełen cykl ładowania/rozładowania.
Kolejna sprawa z brakiem baterii – pomijam już fakt, że jest to rodzaj podtrzymania zasilania i nie stracimy efektów swojej pracy. W niektórych przypadkach jest to też element konstrukcyjny, usztywniający obudowę. Są jednak przypadki, że można bardzo szybko uszkodzić komputer. Są np. modele IBM (teraz to już Lenovo), które dość szybko potrafiły powitać użytkownika komunikatem „CRC error” (wymiana płyty głównej, lub inne magiczne zabiegi).

Na koniec małe podsumowanie – używajmy baterii. Nie widziałem jeszcze, aby ktoś wyciągał akumulator z telefonu, jak jest w domu (chociaż pewnie żaden model nie zechce się uruchomić), lub pracę 24h/dobę przy podłączonym zasilaczu. Za kilka lat nie ominie nas zakup nowej baterii (lub regeneracja), ale w dzisiejszych czasach zakończy to się pewnie zakupem nowego laptopa.

Aktualizacja (22.11.2008 / 14:20)



 Subskrybuj (FeedBurner)